Leszek Grajek był rodowitym poznaniakiem, urodził się w Poznaniu 21 sierpnia 1947 roku. Dzieciństwo i wczesna młodość upłynęły Mu w trudnych warunkach; to jest zresztą charakterystyczne dla pokolenia urodzonego w pierwszych latach powojennych, ale niedostatek i bieda hartowały ludzi, co miało i swoją dobrą stronę. Leszek ukończył jedną z najlepszych w tym czasie szkół średnich - Technikum Mechaniczne w Poznaniu, następnie rozpoczął studia na Politechnice Poznańskiej, na Wydziale Mechanicznym-Technologicznym. Studia te ukończył w roku 1972 i zaraz w maju tego roku rozpoczął pracę zawodową w Elektrociepłowni Karolin. Znaliśmy się z Leszkiem jeszcze z okresu studiów, od naszych wspólnych kolegów z EC Karolin wiem, że Leszek był bardzo dobrym inżynierem i, mimo młodego wieku, szanowanym i cenionym w firmie.

Ściślejszy związek Leszka ze Swarzędzem datuje się na rok 1984, kiedy rozpoczął pracę w naszej Spółdzielni Mieszkaniowej. Potem był niedługi epizod w „Swarbudzie” i powrót do Spółdzielni, w której od 1993 roku pełnił funkcję dyrektora ds. eksploatacji i z-cy Prezesa ds. eksploatacji. Logicznie rzecz biorąc, pracy na tym stanowisku jest tyle, że można by na niej poprzestać. I inni pewnie by tak zrobili. Ale nie Leszek, pasja społecznikowska gnała Go między ludzi. Szczególnie serdecznie odnosił się do ludzi poszkodowanych przez los, chorych, opuszczonych, biednych i bezradnych. Nikt potrzebujący pomocy nie wyszedł od Niego z przysłowiowym kwitkiem.

Jego największą troską był jednak los dzieci niepełnosprawnych. Był jednym z założycieli Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Specjalnej Troski, inicjatorem powstania Warsztatu Terapii Zajęciowej, organizował zbiórki pieniędzy na zakup sprzętu rehabilitacyjnego, wydeptywał ścieżki w urzędach i instytucjach, próbując zarazić pasją pomagania innych ludzi. I udawało Mu się to; ludzie wiedzieli, że powierzone Mu środki będą optymalnie wykorzystane dla dobra podopiecznych. Pamiętam, jak cieszył się z zakupu konia do zajęć z hipoterapii, ten koń – a raczej ona, bo to była kobyłka - nazywał się Bajka. Cieszył się każdym nowym sprzętem „dla naszych dzieciaków”, kochał je i one Go też; to było widać, mimo że niektóre buzie sprawiały wrażenie pozbawionych jakichkolwiek emocji.

Leszek był inicjatorem powstania wielu organizacji społecznych, kół zainteresowań, klubów i stowarzyszeń. Nie sposób wymienić wszystkich, ale wspomnieć można np. o Towarzystwie Miłośników Ziemi Swarzędzkiej, Klubie Honorowych Dawców Krwi, Tygodniku Swarzędzkim, TKKF, organizacjach turystycznych, sportowych, filatelistycznych, wędkarskich, stowarzyszeniu przyjaciół harcerstwa i wielu innych. Znakomita większość tych organizacji istnieje i działa do dziś. Œwiadczy to o trafności podejmowanych w tamtych latach decyzji. A wszędzie w tle zawsze On, tytan pracy. Nieraz zastanawialiśmy się, jak On to robi? Tajemnica tkwiła chyba w doskonałej organizacji czasu i w talencie do pozyskiwania „wspólników” do realizacji zamierzeń.

Doświadczenia młodości i wrodzona wrażliwość na sprawy drugiego człowieka spowodowały, że miejsce Leszka było po lewej stronie, był ideowym człowiekiem lewicy, wiernym swoim zasadom bez względu na aktualny kierunek wiatru historii. Ta wierność zasadom powodowała, że nawet polityczni przeciwnicy (nie wszyscy, ale niech im dobry Pan Bóg wybaczy) szanowali Go i doceniali. Wyrazem tego było choćby zaufanie wyborców, powierzających Mu mandat radnego.

Leszek był bardzo wesołym człowiekiem, miał niesamowite poczucie humoru; mam w pamięci wiele scen, których jednakże nie odważę się tu przytoczyć... Chciałem tylko zaznaczyć, że nie był to człowiek ze spiżu, tylko zwykły, normalny facet z krwi i kości!

Kilka ostatnich lat życia, naznaczonych walką z coraz silniejszą chorobą, nie załamało Go; był przykładem, jak przekuć słabość w siłę. Nie poddawał się, jeszcze w dniu 13 czerwca 2002 roku, w kinie Hollywood, gdzie kierownictwo Spółdzielni przygotowało mu oficjalne pożegnanie zawodowe, śmiał się, żartował i snuł plany na przyszłość. Wiedzieliśmy i czuliśmy wtedy, że żegnamy się na zawsze, że to chyba ostatnie takie spotkanie z Leszkiem, ale z drugiej strony przecież wierzyliśmy Mu, że „to przejdzie”. Stąd wiadomość o Jego śmierci w dniu 26 lipca wielu z nas przyjęło z niedowierzaniem. Jak to? Inni może tak, ale nie Leszek! A jednak tak…

W czwartek, 1 sierpnia na swarzędzkim cmentarzu żegnały Go tysiące ludzi, był to chyba największy od kilkudziesięciu lat pogrzeb w Swarzędzu. Żegnali Go przyjaciele, koledzy, uczestniczył w pogrzebie ówczesny wicepremier i przyjaciel Leszka Marek Pol, byli posłowie na Sejm, wojewodowie i prezydenci miast, tysiące „podopiecznych” Leszka. Był to dzień, w którym premier i prezydent byli akurat za granicą, Marek Pol był wtedy urzędującym „numerem jeden” i pewnie nie powinien opuszczać Warszawy(?), a jednak znalazł czas, by pożegnać Przyjaciela. Nie było tylko ówczesnych władz Swarzędza, przynajmniej tego pierwszego garnituru… Pamięć o Leszku żyje wśród tych, którzy Go znali, szanowali i kochali. Ale żyje też w postaci najpiękniejszego pomnika – Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Specjalnej Troski, które przyjęło Go za swego patrona.

Piotr Osiewicz